Oddał Bogu Polskę za wstawiennictwem św. Andrzeja

W sobotę 25 kwietnia br. ulicami Wrocławia przeszła Procesja za Polskę z relikwiami św. Andrzeja Boboli.

Tłumy wiernych zgromadziły się naprzód w uniwersyteckim kościele pw. Najświętszego Imienia Jezus, gdzie miał miejsce wykład poświęcony Świętemu oraz uroczysta koncelebrowana Msza święta pod przewodnictwem biskupa Ignacego Deca. Następnie uformowano procesję, która z różańcem i śpiewem na ustach przeszła ulicą Kuźniczą do wrocławskiego Rynku, aby na placu przed Bazyliką św. Elżbiety usłyszeć końcowe błogosławieństwo.

Choć kontuzjowany, przyjechał do Wrocławia ks. prałat Józef Niżnik: „nie mogłem Was zawieźć” – powiedział. Na początku w kościele uniwersyteckim wygłosił konferencję. W trakcie Mszy świętej z jego ust usłyszeliśmy kazanie, a podczas procesji kustosz Sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Strachocinie prowadził modlitwę. Na koniec przed wejściem do kościoła garnizonowego zawierzył Polskę Bogu za wstawiennictwem św. Andrzeja Boboli.

Niesłychanie przejmujący był wygłoszony na początku wykład, w którym mówił, czym jest świętość jako taka, opowiedział o walce Andrzeja z własną nędzą duchową, potem o jego świętości i w czym się ta świętość wyraża. Poniżej cytujemy znaczący fragment konferencji ks. Józefa Niżnika.

Wyjątkowa świętość Andrzeja Boboli

Wciąż słyszymy, że chrześcijanie powinni dążyć do świętości, a więc do takiego życia, by być z Bogiem, który jest realny, obecny, istniejący. Z Bogiem, który jest osobą. Świętość to życie, w którym Bóg jest najważniejszy i Jemu podporządkowane są moje wybory, decyzje, pragnienia. On jest w codzienności najważniejszy.

To co w nas najlepsze

Zresztą myśmy do świętości zostali stworzeni, takie jest prawo Boga, który nie ma innej alternatywy dla istnienia człowieka. Powracanie do tego, co w nas najlepsze i pierwotne, z pomocą Boga, to jest Boży plan naszej osobistej świętości. I choć nas Bóg stworzył niedoskonałymi, to trzeba wiary – wystarczy chcieć – jak mawiał św. Maksymilian Kolbe. Ale tej wiary nie da się osiągnąć w pojedynkę, tylko dla siebie. Bez Boga i drugiego człowieka to się nie uda, bo każdy z nas jest darem dla całego Kościoła, jak całe moje życie.

Grzeszność świętych

Świętość zaczyna się już tutaj na ziemi i nie przekracza możliwości człowieka, a że tak jest, wystarczy sięgnąć po żywoty świętych. Wielu spośród nich nie miało godnego życia. Są i tacy, którzy bardzo błądzili i nieśli dużo zgorszenia. Ale nadszedł taki dzień, że zerwali z grzesznym życiem i zobaczyli, że życie przy Bogu jest o wiele lepsze i godniejsze, które czynią z ludzi szlachetnych, godnych czci i szacunku. Zerwanie z grzesznym życiem, ze względu na Jezusa, z woli naśladowania Go – to jest początek świętego życia. Zerwać z grzechem. Uświadomić sobie, że grzech ani nam ani innym szczęścia nie daje.

Gdy mówimy o świętych, zazwyczaj mamy na myśli ludzi obdarzonych niezwykłymi łaskami, stygmatami, męczenników, mistyków. Ale czy świętość jest zarezerwowana tylko dla wybranych? Nie, powołany do świętości jest każdy ochrzczony. Ten, kto jej szuka, zwraca uwagę na rzeczy małe, bo Jezus w przypowieści o słudze wiernym w rzeczach małych wskazał, że w nagrodę zostają postawione nad wielkimi. Czymże są te małe rzeczy? To prostota życia, ujawniająca się w życzliwości do sąsiada, uśmiechu dla bliskich, pomocy obcym, czułości i wyrozumiałości.

Zakłamany obraz świętości

Świętość to skarb ukryty w roli. Ten prawdziwy obraz świętości chrześcijanie zakłamali, dlatego że w przekazie o świętości podkreślali tylko to, co dobre, a przemilczali to, co dla świętych mogłoby być niewygodne. Takie podejście wypaczyło prawdę o świętości, a nawet zniechęciło do jej szukania, bo ja taki nie jestem, a tym samym nie mogę być świętym.

Trzeba zerwać z tym myśleniem o słabości, o nędzy, upadku, pamiętać, że w tobie działa Duch Święty i możesz być święty. I przecież takie spojrzenie, że święci, to ludzie, którzy czynili samo dobro, to jest nieprawda. Oni też mieli swoje grzechy. Moglibyśmy tu przywoływać wielu świętych, którzy naprawdę nieśli wielkie zgorszenie. Każdy ma w sobie predyspozycje do stania się świętym.

Św. Augustyn

Popatrzmy choćby na świętego Augustyna. Trzeba powiedzieć wprost, że chociaż był niezwykle uzdolniony, to był też pijakiem i kobieciarzem. Ale Pan Bóg znalazł środek jego nawrócenia i dotarł ze swą łaską do jego umysłu, że tak dalej żyć nie można. To był moment zwrotny w jego życiu. Ale walczył o świętość do końca życia, jeśli doświadczał pokus, które wcześniej niszczyły jego życie. Augustyn nawracał się codziennie, wręcz kilka razy dziennie. I to, że odniósł zwycięstwo nad słabościami, to znak, że jest święty.

Moc Boga w słabym człowieku

Bo świętość objawia moc Boga w słabym człowieku. Nie byłoby świętych, gdyby nie było ludzi, którzy umieją przyjąć łaskę ofiarowaną im przez Boga. I to jest prawda o świętości. Ludzie, którzy potrafią przyjmować łaskę, ofiarowaną im przez Boga, stają się świętymi.

Do czego potrzebni nam są święci? Na świętych nie można patrzeć poprzez pryzmat przydatności, bo tracimy obraz tego, czym jest prawdziwa świętość. Święci są po to, aby ich mieć za prawdziwych przyjaciół. Oni podają nam pewne rozwiązania, do których sami byśmy nie doszli. Oni są gotowi powiedzieć nam, że przeżyli coś podobnego, co nas spotyka. Oni są obecni, nawet wtedy, gdy nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Relacje ze świętymi

Relacji do świętych nie wolno ograniczyć tylko do próśb w załatwianiu konkretnych spraw. Nie wolno też traktować świętych instrumentalnie i prosić o to, by na przykład św. Antoni pomógł nam coś odnaleźć, a Juda Tadeusz wyjść z jakiejś beznadziejnej sytuacji. Oni są darem Boga dla nas, byśmy z ich pomocą byli z Bogiem.

Czytałem kiedyś artykuł o babci, która zwracała się do świętych o pomoc, ale ta jej prośba miała swe źródło w pokorze. Ona wiedziała, że nie da sobie rady sama z pewnymi rzeczami i w modlitwie do świętych widziała jakiś środek do zbliżenia się do Boga. Kontakt ze świętymi powinien nas zmieniać, a ich działanie powinno być widoczne w naszym życiu. Ze świętymi powinniśmy wchodzić w relacje, by z ich pomocą być z Bogiem.

Czy ja?

Aby być świętym trzeba uwierzyć, że ja mogę być świętym. Wielu chrześcijan nie chce być świętymi, bo się jej boi z powodu złego zrozumienia, gdyż myśli sobie, że wybierając świętość muszę skazać się na cierpienie, rezygnować z dóbr, jakie niesie świat, czy obsesyjnie myśleć tylko o Panu Bogu. A jest inaczej. Świętości nie można sprowadzić do umartwień, postu, rezygnacji, ale tylko do wyboru lepszych darów, które przygotował Bóg dla ludzi. Kto po nie sięga, doznaje w sobie wewnętrznych doznań, których świat dać nie może. Jezus powiedział do apostołów: jeśli będziecie zachowywać moje przykazania, będziecie trwać w miłości Mojej, tak jak Ja zachowałem przykazania Ojca mego. To wam powiedziałem, aby radość Moja w was była i aby radość wasza była pełna (J, 15, 10-11).

Andrzej

A teraz kilka podstawowych wiadomości o świętym Andrzeju Boboli, o którym w ostatnim okresie tak wiele się mówi, na którego zwraca się uwagę w naszym narodzie. Święty Andrzej żył w XVII wieku, urodził się w 1591 roku najprawdopodobniej w Strachocinie na Podkarpaciu. Ukończył szkołę jezuitów w Braniewie, a potem wstąpił w Wilnie do zakonu jezuitów. Święcenia kapłańskie przyjął w 1622 roku. Pracował jako misjonarz na terenie dzisiejszej Litwy, Białorusi, Rosji, Ukrainy i północnej Polski. Wśród polskich miast, w których pracował, były: Płock, Łomża, Warszawa. Najdłużej spędził czas na Polesiu, gdzie poniósł męczeńską śmierć 16 maja 1657 roku z rąk prawosławnych. Kiedy wszyscy o nim zapomnieli, 16 kwietnia 1702 roku objawia się po raz pierwszy po śmierci w Pińsku, 45 lat po śmierci. Dzięki temu objawieniu mamy jego relikwie, a także znalazł się w katalogu świętych. Błogosławionym ogłosił go Pius IX 30 października 1853 roku, zaś świętym ogłosił go papież Pius XI 17 kwietnia 1938 roku, w dniu Zmartwychwstania.

Do tych wiadomości dodam, że o św. Andrzeju Boboli Pius XII w roku 1957 napisał encyklikę Invicti athletae Christi. W niej czytamy: „Ta postać zapisała się złotymi zgłoskami w historii Kościoła. Wszyscy katolicy na całym świecie powinni go poznać”.

Walka Andrzeja z nędzą duchową zasiewem świętości

Moi drodzy, gdy chcemy poznać jego świętość, to musimy przenieść się w odległe czasy, w których on żył, ze świadomością, że nie posiadamy materiałów źródłowych, szczególnie jeżeli chodzi o jego lata młodzieńcze. Pewnie główną przyczyną tego jest to, że Andrzej urodził się na południu Polski, a późniejsze lata jego życia były na północy.

Kolejną był fakt, że ojciec Bobola był zakonnikiem, który nie przywiązywał wielkiej wagi do kontaktów z rodziną i być może, że wraz z wyjazdem do szkoły jezuitów w Braniewie, nigdy już swoich rodzinnych stron nie odwiedził. Jeśli coś wiemy o nim z tego okresu, to raczej są to przypuszczenia. Ale już sam fakt, że szlachecka rodzina Bobolów była bardzo przywiązana do katolickiego wyznania, patriotyczna, dbająca o dobre wychowanie dzieci – rzuca światło, w jakich warunkach wzrastał młody Andrzej. Oddanie go do szkoły jezuitów potwierdza walory rodzinnego środowiska, w którym na świat przyszedł Andrzej.

Bardzo trudny charakter

Z tego okresu już mamy trochę wiedzy, którą czerpiemy z opinii o nim jego przełożonych. Te wiadomości wskazują, że młody Bobola miał bardzo trudny charakter i choleryczny temperament. W relacjach z kolegami wzbudzał kłótnie, nie chciał przyznać komuś racji, bronił swego zdania nawet gdy nie miał racji, a koledzy cierpieli z powodu jego zachowania. Wiemy też, przełożeni upominali go i poświęcali mu wiele czasu szukając w nim poprawy. Najważniejsze, że on był świadomy zła, które popełnia i podejmuje wielką pracę nad sobą. Bobola się nie obraża, że inni mu zwracają uwagę, że pokazują jego błędy, niedoskonałość. Przyjmuje to z pokorą i chce być inny, ale nie potrafi. Być może, że do tej pracy nad sobą wzywała go obecność w Sodalicji Mariańskiej, gdyż organizacja miała własny program, który miał prowadzić jej członków do doskonałości poprzez modlitwę i aktywne zaangażowanie w pomoc bliźnim. Ta przynależność bardzo pomaga Andrzejowi, ten czas wolny jest dla Andrzeja bardzo ważny, gdyż pod bokiem jezuitów lepiej rozumie sens i cel życia człowieka.

Młody szlachcic zakonnikiem

Jezuicka formacja pomogła Andrzejowi rozeznać powołanie do życia kapłańskiego i zakonnego a zgoda młodego szlachcica na pójście za głosem powołania wydaje im jak najlepsze świadectwo. Bobola cały czas przeżywa swoje powołanie jako łaskę i jako dar. To nie on wymyślił, że jest powołany do kapłaństwa i do zakonu. On wiedział, że tylko odczytał wolę Bożą wobec siebie. A więc to realizowanie powołania w kontekście, że Bóg tego chce, że ja tylko odpowiadam na zaproszenie od Boga – pozwalało Andrzejowi podnosić się ze słabości. I nie chciał zejść z tej drogi, bo wiedział, nierealizowanie powołania może ściągnąć kiedyś na niego odpowiedzialność przed Bogiem. I dlatego walczył o powołanie, przecież miał świadomość, że przez tą zgodę wstąpienia do zakonu, musi ogołocić siebie z godności szlacheckiej, bogactwa i władzy. Idąc za tym co Boże, a zostawiając to co ziemskie – mówi to o jego dojrzałości duchowej. O właściwej hierarchii wartości. O duchowości Andrzeja, dla którego sprawy Boże są ważniejsze niż sprawy ludzkie.

Śródtytuły: redakcja PJC

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *