Swego czasu członkowie Platformy Obywatelskiej powoływali się na ruch „Solidarności”. Gdy stali się partią rządzącą – zajęli się dobrostanem grubokreskowych postkomunistów i ochroną peerelowskiego dziedzictwa.

Można było wybrać na prezydenta sprawcę stanu wojennego, więc można wybrać na rotacyjnego marszałka sejmowego uwłaszczonego aparatczyka PZPR. W popularnych hagiografiach politruków i komunistycznych zbrodniarzy mogą oni mieć ludzkie oblicza. Tym bardziej, że bezkarnie przechodzili do historii, spoczywając w alejach zasłużonych. Gdyńskie Stowarzyszenie „Godność”, pod przewodnictwem Czesława Nowaka, od 32 lat domaga się rozliczenia komunizmu i oczyszczenia wymiaru sprawiedliwości z sędziów i prokuratorów, wydających wyroki polityczne w PRL i w stanie wojennym. Rezultaty nie zawsze satysfakcjonujące. Tymczasem administracja 13 grudnia przywraca uprzywilejowane emerytury esbekom.
Wydawało się, że historyczna rola żołnierzy wyklętych – zwanych potocznie bohaterami II konspiracji – została już ostatecznie ugruntowana w świadomości społecznej, gdy towarzysz sejmowy marszałek rotacyjny występuje z inicjatywą ustawowego przyznawania odszkodowań dla „ofiar Żołnierzy Wyklętych”. Porażająca bezczelność aparatczyka, sprzeczna z prawdą historyczną, możliwa jest tylko w Polskiej Rzeczpospolitej Grubokreskowej. Zresztą sejmowa większość okazuje się równie niechętna prawdzie historycznej, bo pozbawia IPN części funduszy, także na poszukiwania i identyfikacje ofiar reżimu komunistycznego. Bezkarność zbrodniarzy komunistycznych ugruntowuje w świadomości społecznej wsparcie przez resort obrony organizacji post-PRL-owskich kombatantów, gdy wiadomo, że ludowe wojsko – jako zbrojne ramię partii – było używane do pacyfikacji antyreżimowych protestów społecznych.
Reset grubokreskowy
Dla demokracji walczącej wolność słowa oznacza monopol na głoszenie jedynie słusznych poglądów (w PRL partia też zawsze miała rację) i niewybrednej propagandy antyopozycyjnej. Stąd przyznanie sprzyjającym mediom statusu przedsiębiorstw strategicznych i przyzwolenie na większościowy udział w nich kapitału zagranicznego (wbrew unijnym przepisom). Ostatni pomysł administracji 13 grudnia to zmiany w sejmowym regulaminie. Trzeba ograniczyć wystąpienia przedstawicieli kancelarii prezydenta, bo w polemikach z reprezentantami rządu mają zdecydowaną przewagę merytoryczną. Należy więc zastosować cenzuralne chwyty, skoro przegrywa się na argumenty.
Prawo – prawem, ale my rozumiemy je po swojemu – przekonuje obywateli administracja 13 grudnia. Opanowanie Trybunału Konstytucyjnego (dotąd nieuznawanego i przez dwa lata nieobsadzanego) stało się nagle tak pilnym przedsięwzięciem, że kandydaci na sędziów zapomnieli (nie zdążyli) przedstawić zaświadczeń o stanie majątkowym ani zrzec się urzędu sędziów w sądach powszechnych. Nie wykazali więc ani wybitnej wiedzy prawniczej, ani nieskazitelności charakteru, co jest ustawowym wymogiem sędziego trybunału.
Zorganizowany przez towarzysza sejmowego marszałka rotacyjnego żałosny kabaret polityczny ukazał w całej jaskrawości ich braki w wiedzy prawniczej, kompromitację i dyskwalifikację. Niemniej minister sprawiedliwości reklamuje, że „odbetonowuje państwo autorytarne”, powołując się przy tym na orzeczenia brukselskich sądów, jakby zapomniał, że wymiar sprawiedliwości (jego organizacja i funkcjonowanie) to domena państwa członkowskiego. Niezależnie od tego, ślubujący sędziowie i notariusz poświadczyli nieprawdę (nie było prezydenta), więc spotkanie w Sali Kolumnowej nie rodzi skutków prawnych. Za jawne sejmowe bezprawie zapłacą obywatele-podatnicy. Tak jak za komuny, gdy państwo też pokazywało „demokratyczną siłę”.
W Wielki Piątek płonął krzyż papieski, ustawiony na placu Zwycięstwa podczas pierwszej wizyty Jana Pawła II w naszym kraju w 1979 roku, później przeniesiony przed kościół św. Maksymiliana Kolbe na warszawskim Mokotowie. To wówczas padły prorocze słowa – „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi. Amen”. I stało się. Wybuchła „Solidarność”, która zapoczątkowała rozpad komunizmu. Niestety nastąpił kompromis okrągłostołowy, z którym Polska boryka się do dziś. Czyżby płonący krzyż był znakiem, że nawet ta zmowa części działaczy związkowych z komunistycznymi aparatczykami kończy się wobec powracającej komuny.
Konsekwencje są oczywiste. Nierozliczone zbrodnie komunistyczne zachęcają do bezprawia. Politycy mogą być nieodpowiedzialni, a moralność w polityce nie ma znaczenia. Demoralizacja klasy politycznej wywołuje takąż w elektoracie (nieocenione media polskojęzyczne). Patologiczna demokracja grubokreskowa w całej rozciągłości.
Gospodarka braków
Na spotkaniu przedstawicieli 20 najbogatszych państw świata nasz kraj będą reprezentowali prezes banku centralnego, dzielnie umacniający złotego i gromadzący złoto, oraz minister finansów – bezprecedensowy twórca gigantycznej dziury budżetowej, na którym ciąży zarzut niewypłacenia subwencji największej partii opozycyjnej. Niezależnie od tego, ten rekordzista zadłużeniowy zaciąga pożyczki, które służą tylko łataniu dziury budżetowej. Jego komunistyczni poprzednicy też tak robili, ale w kraju przybywało inwestycji, choć tzw. gierkowskie długi spłacali podatnicy jeszcze w XXI wieku. Obecny minister finansów już po raz kolejny przedstawia dziurę budżetową – ale bez żadnych wyjaśnień i konsekwencji. Czy nie umie inaczej zarządzać finansami, czy zadłużanie państwa to pretekst do wejścia do strefy euro – nie wiadomo. Dlaczego premier toleruje takiego ministra – chyba wiadomo. Niestety obywatele-podatnicy także nie reagują.
Dla komunistów własność nie była warunkiem wolności, co najwyżej rezultatem sprawiedliwości społecznej (masy pracujące miast i wsi przejmowały własność kapitalistów i obszarników). Grubokreskowy kapitalizm też nie uwzględniał rewindykacji własności, poprzestając na dzikiej reprywatyzacji. Zresztą dla lewicowych liberałów – pierwszy milion można ukraść. I takie podejście satysfakcjonowało zarówno uwłaszczoną nomenklaturę, jak i transformacyjnych dorobkiewiczów. A jeżeli obywatele narzekają – na bezrobocie, drożyznę, brak zabezpieczeń socjalno-zdrowotnych – to ich wina, bo nie załapali się na system przemian ustrojowych.
Lewicowo-liberalni menadżerowie kontynuują komunistyczną gospodarkę braków, co trudno zrozumieć, bo też niełatwo przypisać im świadome niszczenie państwa, pauperyzowanie społeczeństwa. Niemniej rzeczywistość skrzeczy. Radzą sobie tylko PO-litycy, już to wykonując zabiegi dla swych bliskich poza kolejnością, już to porywając karetkę pogotowia. Nie od dziś wiadomo, że rząd sam się wyżywi, sam się wyleczy.
Gdy gospodarka nie podlega regułom ekonomicznym, lecz tłumi ją ideologia (socjalistyczna gospodarka niedoborów), rezultaty są opłakane (jak kolejka po papier toaletowy w PRL). Teraz gospodarkę unijną blokują jakieś zielone łady, eteesy, obrona planety. Przestała być konkurencyjna. Brukselokraci już nawet nie marzą, że możliwe jest zdystansowanie gospodarki amerykańskiej, jak kiedyś planowano. Tymczasem koksowniom w Zabrzu, Radlinie i Dąbrowie Górniczej zagraża bankructwo, bo ceny koksu niższe niż węgla, który jest surowcem do jego produkcji. W perspektywie masowe zwolnienia. To efekt unijnej polityki klimatycznej, nie bez udziału administracji 13 grudnia. Niestety to nie wszystko, bo polski przemysł zbrojeniowy narzeka na brak zamówień (w sytuacji wojny za granicą naszego kraju). Związkowcy sygnalizują, że w „Łuczniku” pracę może stracić 140 ludzi.
Polityka historyczna
Latami trwa walka rzeszowskich samorządowców o usunięcie pomnika wdzięczności czerwonoarmiejcom. W Zamościu planowano odsłonięcie tablicy upamiętniającej urodziny w tym mieście Róży Luksemburg. Mimo zakazu propagowania komunizmu, lokalne władze są zdania, że nie obejmuje on tej Zamościanki. Tym bardziej, że o jej upamiętnienie zabiegała niemiecka Fundacja im. Róży Luksemburg. Wynikałoby z tego, że w naszym kraju politykę historyczną (nb. prokomunistyczną) prowadzą samorządy. Wiekopomnego czynu dokonał swego czasu burmistrz Ustrzyk Dolnych, który zakazał używania w szkołach podręcznika „Historia i teraźniejszość” Wojciecha Roszkowskiego, choć nie miał do tego żadnych uprawnień.
Uczelnie, w których nie przeprowadzono lustracji i dekomunizacji, promują postkomunistycznych „inteligentów”, klientelę wyborczą lewicowo-liberalnych ugrupowań. Historycy unikają najnowszych dziejów – okupacji sowieckiej i zbrodni aparatu represji. Właściwie nie wiadomo, skąd się wziął komunizm w naszym kraju. Co więcej, nie ma monografii czołowych polityków peerelowskich, co najwyżej hagiograficzne powiastki, rehabilitujące „utrwalaczy władzy ludowej”. Resortowe dzieci wybielają pamięć swoich przodków. Państwo nie prowadzi polityki historycznej. Niemniej pion śledczy IPN wszczął 200 śledztw w sprawie sprawców stanu wojennego.
Tymczasem nasi najbliżsi sąsiedzi nie próżnują. Dla rosyjskich historyków II wojna zaczęła się w 1941 roku, a zbrodnia katyńska nie była ludobójstwem. Okupacja tzw. krajów demokracji ludowej była rezultatem zwycięskiej wojny z faszyzmem, a nie przejawem rosyjskiego imperializmu. Zaś komunizm to ustrój wolności i postępu. Dla Niemców II wojna była dziełem „nazistów”, spod których wyzwoliła ich koalicja antyhitlerowska. Obozy koncentracyjne były „polskie”, choć znajdowały się na ziemiach okupowanych bądź włączonych do Rzeszy. Co więcej, okupowanej ludności można przypisać „współsprawstwo”, bo nie dość skuteczne walczyła z okupantem. Taka narracja utrzymuje się w przestrzeni publicznej – polityce, mediach, popkulturze. To przykład instytucjonalnej manipulacji państwa niemieckiego. Naszą propozycją powinno być głoszenie prawdy jako narzędzia polityki historycznej.
Partyzantka kulturowa
Idziemy po wasze dzieci – odgrażają się neomarksiści kulturowi. Także w naszym kraju. Wbrew konstytucyjnym zapisom, wbrew rodzicom, nie mówiąc o zdrowym rozsądku, resort edukacji roztacza ambitne plany demoralizacji dzieci i młodzieży. Marksistowski marsz przez instytucje trwa sobie w najlepsze. Od nowego roku szkolnego tzw. edukacja zdrowotna stanie się przedmiotem obowiązkowym (na razie uczęszcza nań ok. 30% uczniów). Systemowa demoralizacja i deprawacja zyska status obligatoryjności. Dla zmylenia czujności rodziców, resort obiecuje usunięcie z edukacji zdrowotnej obligatoryjności elementu edukacji seksualnej. Potem będzie można go przywrócić. Bo przecież płeć kulturowa jest prawem człowieka, a tradycyjna rodzina, wartości naturalne i chrześcijańskie zagrożeniem dla wolności człowieka i obywatela brukselskiego.
Zwalniając dziatwę z prac domowych, resort edukacji osiąga ich ogłupianie, rozdyscyplinowanie, pozbawienie odpowiedzialności. Usuwając lektury konstytuujące polskie człowieczeństwo i obywatelstwo, resort pozbawia dzieci tożsamości cywilizacyjnej, opartej na polskich kodach kulturowych. Wydawało się, że usunięcie „Pana Tadeusza” z listy lektur obowiązkowych, spowoduje dymisję szefowej resortu – ale nic takiego. Zabrała się do rugowania lektur wprowadzonych za prawicowych rządów. Po co nam wykształcone, patriotyczne społeczeństwo obywatelskie, gdy trzeba taniej siły roboczej i elektoratu podatnego na medialne manipulacje.
Nie bez powodów obywatelski projekt ustawy „Tak dla religii i etyki w szkole”, pod którym podpisało się ponad pół miliona ludzi, zaległ w sejmowej Komisji Edukacji i Nauki.