„Affordability”

– czy Amerykanie są wściekli?

W sierpniu 2024 roku, w czasie kampanii wyborczej, w swoim luksusowym ośrodku golfowym w Bedminster w stanie New Jersey Donald Trump zorganizował konferencję prasową i mówił o wysokich cenach żywności.

Na kilku stołach ustawiono produkty spożywcze, takie jak kawa, płatki śniadaniowe, ciastka, a także plakaty pokazujące wzrost cen podstawowych artykułów, na przykład mąki, jajek i mleka. A wszystko po to, aby wykazać, że za wysokie ceny odpowiada administracja prezydenta Joe Bidena i konkurentka republikanina w wyborach, wiceprezydent Kamala Harris. Trump, swoim zwyczajem, miał barwne wystąpienie i mówił, że nawet jego – bądź co bądź miliardera – na wiele produktów po prostu nie stać. Obiecał wtedy – i czynił to później wielokrotnie – że w przypadku ponownego wyboru na prezydenta „natychmiast obniży ceny”.

Wybory za rok

Sytuacja polityczna w Ameryce będzie w 2026 roku zdeterminowana przez wybory „midterms”, zwane wyborami połówkowymi lub środka kadencji (prezydenckiej), które odbędą się na początku listopada. Do zdobycia będzie: wszystkie 435 miejsc w Izbie Reprezentantów oraz 35 miejsc w 100-osobowym Senacie. Republikanie kontrolują obecnie obie izby Kongresu. Jeśli przegrają, nie będzie to niespodzianką, bowiem często się zdarza, że partia, z której nie wywodzi się prezydent często przejmuje władzę w Kongresie w połowie jego kadencji.

Jeśli demokraci wygrają, Trumpowi będzie się trudniej rządziło. Bo to Kongres zatwierdza budżet i określa cele, na które pieniądze mają być wydatkowane. Bo podporządkowany demokratom Kongres może rozpocząć procedurę impeachmentu prezydenta i choć się ona nie powiedzie, jest w stanie bardzo pokrzyżować plany republikanom. Bo, w końcu, zarządzenia wykonawcze, którymi najczęściej Trump operuje trzeba przełożyć w ustawy, aby stały się prawem i przetrwały dłużej, a wtedy to się nie uda. Bez wątpienia będą miały te wybory znaczenie kolosalne dla codziennego życia Amerykanów oraz spraw zagranicznych. Ale o ich wyniku zadecyduje to pierwsze.

Przegrana republikanów

Odbyte jesienią wybory lokalne, choć o małej skali, wywołały zamieszanie. Republikanie bowiem przegrali wybory burmistrzów w Nowym Jorku i Seattle, także gubernatorów w New Jersey i Wirginii. Nawet niektórzy zwolennicy Trumpa wyrazili z tego powodu obawy, że priorytety prezydenta nie są wystarczająco zbieżne z jego elektoratem. Pojawiły się także opinie, że republikanie są na dobrej drodze do przegrania wyborów ważniejszych, właśnie tych za rok do Kongresu i mogą utracić większość w obu izbach.

Komentator polityczny, była gwiazda telewizji Fox News i przyjaciel prezydenta, Bill O’Reilly ocenił, że sukces Partii Demokratycznej można powiązać z problemami wyborców dotyczących dostępności mieszkań i rosnących kosztów utrzymania. Ocenił, że demokraci wygrali dzięki niespełnionym obietnicom republikanów. „Powodem zwycięstwa demokratów jest wściekłość ludzi – powiedział. – Są wściekli, i to nie tylko w trzech stanach i Nowym Jorku. Są wściekli, ponieważ prezydent Trump obiecał obniżenie cen żywności i benzyny”.

Analityk polityczny i były doradca prezydenta Dick Morris uznał, że przegrane republikanów „są wyłącznie winą Donalda Trumpa”. Przestrzegł, że obecne podejście prezydenta może kosztować Partię Republikańską wybory uzupełniające.

Morris wyjaśnił, że wyborcy coraz bardziej nie akceptują swojej sytuacji. „Kiedy zapytaliśmy ludzi: Czy wasze życie osobiste i życie waszych rodzin uległo pozytywnemu, czy negatywnemu wpływowi w czasie urzędowania Trumpa – tylko 29% odpowiedziało twierdząco, a 51% negatywnie – powiedział. – To nie tylko porażka przekazu; to porażka polityki”.

Wysokie koszta

Słowem robiącym zawrotną karierę i definiującym politykę w USA jest teraz „affordability”. Amerykanie już nie mówią o ekonomii, o stanie gospodarki; mówią o „affordability”. Kryje się pod tym wszystko dotyczące kosztów utrzymania, wysokich cen żywności, wzrostu opłat za energię i ubezpieczenia, inaczej mówiąc – czy mnie stać pokryć koszty życia z bieżących zarobków. Demokraci sprytnie narzucili narrację i „przeciętny” Amerykanin mówi, że jest ciężko. Bo nie jest ważne, że inflacja spadła poniżej 3 procent a wzrost gospodarczy sięgnął 4 procent. Nie jest ważne, że spadły koszty benzyny, gdy w tym czasie w wielu stanach opłaty za ubezpieczenia medyczne wzrosły o 300-400 procent. Ważny nie jest stan faktyczny, ale odczucia. A te odczucia od czasu covid-19 są takie, że jest drogo, szczególnie jeśli chodzi o żywność. I odczucia, że prezydent nie spełnia obietnic.

Demokraci, a szczególnie tzw. demokratyczni socjaliści, czyli skrajnie lewicowe skrzydło partii, twierdzą, że koszta utrzymania stają się nieznośne dla „przeciętnych” Amerykanów, natomiast republikanie, łącznie z Trumpem, mówią, że – po covidzie i Joe Bidenie – sytuacja się poprawia. I jedni, i drudzy mają rację, ale opinię publiczną przegrywają republikanie i Trump.

Gospodarka, głupcze!

Analityk polityczny Frank Luntz twierdzi, że prezydent ma trochę czasu na zajęcie się kwestią wzrostu cen, głównie żywności, ponieważ nawet jego pierwszy rok urzędowania w Białym Domu nie dobiegł jeszcze końca. Twierdzi jednak, że prezydent „musi coś zrobić” z inflacją, „ponieważ postrzeganie jest ważniejsze niż rzeczywistość”. Dodaje: „Nie obchodzi mnie, czy ceny rosną, czy spadają, obchodzi mnie, co Amerykanie czują, niezależnie od tego, czy rosną, czy spadają, a większość Amerykanów uważa, że ​​nadal rosną”.

James Carville, strateg demokratów, twórca zwycięskiej kampanii wyborczej Billa Clintona i autor słynnego sloganu „Gospodarka, głupcze!”, uważa, że jego partia powinna porzucić wątki ideologiczne i kulturowe, a postawić na kwestie ekonomiczne. Dzięki temu, głosi legendarny analityk, demokraci bez kłopotów tym razem pobiją republikanów.

Tzw. przystępność cenowa stała się, owszem, centralnym punktem ostatnich wyborów lokalnych, jednakże szybko przeszła do głównej debaty politycznej. Trump od czasu do czasu namawia republikanów do zajęcia się kwestią wysokich cen, jednakże zawsze konkluduje, że jest to „oszustwo” podsycane przez demokratów. Poddaje też w wątpliwość tezę, że Amerykanie martwią się o gospodarkę, gdyż – jak twierdzi – Stany Zjednoczone mają „najlepszą gospodarkę w historii”.

Ponad 30 lat temu frazę „gospodarka, głupcze” wymyślił strateg demokratów James Carville. W 1992 roku było to główne przesłanie kampanii prezydenckiej Billa Clintona przeciwko urzędującemu prezydentowi George’owi H. W. Bushowi. Hasło to podkreślało, że dla wyborców najważniejszą kwestią jest sytuacja gospodarcza, czyli po prostu jak im się powodzi finansowo. Aktualne jest ono także teraz. Choć za prezydentury Trumpa dzieją się wielkie rzeczy o charakterze globalnym, to nie one będą decydować o przyszłości amerykańskiej polityki. Nie będą na to miały wpływu losy wojny na Ukrainie, sytuacja na Bliskim Wschodzie czy manewry Chin wokół Tajwanu. Nie w ten sposób decydować się będzie przyszłość świata.

Po raz kolejny przekonujemy się, że wyborach politycznych decydują kwestie wewnętrzne, te najbliższe człowiekowi. O ewentualnym sukcesie Trumpa i republikanów w 2026 roku zdecyduje odczucie Amerykanów, czy żyje im się lepiej czy gorzej. W sumie to proste.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *