Prorok jaki czy co?

Ponad ćwierć wieku temu jeden z naszych autorów, kierujący Instytutem Chrześcijańsko-Demokratycznym, przygotował opracowanie na użytek wewnętrzny. Ponieważ błędy przeszłości wracają co pewien czas, niekiedy ze zdwojoną siłą – postanowiliśmy za zgodą autora upublicznić tekst w nieco skróconej wersji. Jak widać stale brakuje nam polityki rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Pozostają nawyki z czasów, kiedy polskie państwo nie było dobrem wspólnym wszystkich obywateli. Nadzieja w młodych.

Redakcja PJC

Według badań OBOP mniej więcej tyle samo osób w Polsce przyznaje się do poglądów prawicowych i centroprawicowych, co lewicowych i centrolewicowych. Niewielka jest też różnica między tymi, którzy opowiadają się za przeprowadzeniem dekomunizacji, a tymi, którzy są jej przeciwni. Tymczasem w notowaniach ośrodków badania opinii publicznej przewaga SLD nad AWS utrzymuje się na bardzo wysokim poziomie.

Solidarność była ruchem skupiającym w swoich szeregach prawie dziesięć milionów Polaków. W 1989 roku jej reprezentacja polityczna zwyciężyła wybory parlamentarne z komunistami dysponującymi całym aparatem państwowym i propagandowym. Był to ruch, który ogniskował niemal wszystkie nadzieje Polaków dotyczące przyszłości naszego wspólnego życia. Z Solidarnością utożsamiał się prawie każdy, kto angażował się w życie publiczne (poza Januszem Korwin-Mikke i kilku innymi przeciwnikami ruchu związkowego).

Obecnie w ocenie wszystkich ośrodków sondażowych na reprezentację polityczną Solidarności zamierza głosować zaledwie kilkanaście procent uprawnionych Polaków. Komuniści tymczasem, którzy doprowadzili do upadku państwa, społeczeństwa i gospodarki, zbierają ponad czterdziestoprocentowe poparcie. Co więcej, dla każdego, kto obserwuje polską transformację oczywiste jest, że przed całkowitą zapaścią gospodarki, paraliżem państwa i atrofią społeczeństwa uchroniły Polskę reformy przeprowadzone przez szeroko rozumiany obóz Solidarności, który nie wahał się brać na siebie skutków niezadowolenia społecznego związanego z kosztami reform, podczas gdy postkomuniści zachowywali postawę bierną, nawet gdy byli u władzy. Mimo to naród opowiada się w sondażach za nimi. Nie sposób nie zapytać o przyczyny.

Fachowcy mający wiedzę na temat znanych na świecie procesów transformacji i ich mechanizmów, zajście takiego zjawiska przewidywali. Z czasem wraca stary reżim, czekając tylko wcześniej, kiedy pojawi się rozczarowanie narodu brakiem realizacji zawsze wygórowanych nadziei wiązanych z rewolucją. Druga Japonia nie pojawiła się nawet w najbogatszym kraju postkomunistycznym, przyłączonym do jednego z najbogatszych państw świata. W ubiegłym roku rozczarowani mieszkańcy Berlina wschodniego oddali w wyborach municypalnych najwięcej głosów na partię postkomunistyczną. W większości krajów, gdzie kiedyś rządzili komuniści, teraz ich popularność społeczna rośnie wprost proporcjonalnie do rosnącego poczucia zawodu, że ten kapitalizm nie działa tak szybko jak byśmy oczekiwali. Tam, gdzie nie ma Solidarności, rozczarowanie jest jeszcze większe, bo reformy nie mogły być tak głębokie jak u nas.

Jerzy Stępień, Jan Olszewski i Jarosław Kaczyński, 1991, spotkanie Komitetów Obywatelskich. Fot. Reporter Andrzej Iwańczuk.

Czy to znaczy, że i w Polsce powrót komunistów do władzy będzie następstwem deterministycznych procesów dziejowych? Że i tak – niezależnie od działań polskiej prawicy – musiało nastąpić rozczarowanie społeczne spowodowane niemożliwością zniwelowania w ciągu dekady spustoszenia uczynionego przez czterdzieści lat destrukcyjnego ustroju? W dużej mierze tak. Tym niemniej jak zwykle w wypadku działalności ludzkiej wiele może zależeć od świadomych i zorganizowanych działań człowieka. Nie ulega wątpliwości, że obozowi solidarnościowemu nie udało się stworzyć silnej, profesjonalnej, działającej skutecznie reprezentacji politycznej. Brak takiej formacji niewątpliwie przyczynia się do słabości tego obozu, do tego, że jego poczynania nie budują mu autorytetu i nie przyczyniają się do wzmocnienia państwa demokratycznego.

Na pewno na słabość organizacyjną polskiej centroprawicy wpłynęły dwa zespoły przyczyn. Po pierwsze słabość jest skutkiem wieloletniego rozbicia autentycznych struktur społecznych, niszczenia wszelkich więzi społecznych, eksterminacji elit, eliminowania autorytetów, rozbijania ośrodków opiniotwórczych, przecinania niezależnych kanałów upowszechniania informacji i opinii. Ludziom i środowiskom po prostu brak doświadczenia w działalności publicznej, a więc tej sprawności, którą zdobywa się latami. Rzuceni na głęboką wodę widać sobie nie w pełni poradzili.

Drugi zespół przyczyn to działania destrukcyjne współczesnych przeciwników. Można powiedzieć, że bardzo ułatwione przez pewną bezbronność nowych elit politycznych będącą oczywistym skutkiem pierwszego zespołu przyczyn. Tu trzeba wymienić zarówno działania służb specjalnych, jak i propagandowe ataki mające na celu niszczenie autorytetów niezależnie myślących przywódców prawicy. Do tej grupy czynników zaliczyłbym też złe prawo o partiach politycznych i zapisaną w Konstytucji szkodliwą zasadę o proporcjonalności wyborów do Sejmu.

Jeżeli założyć jednak dojrzałość intelektualną elit politycznych, to te czynniki winny być raczej wyzwaniem do skuteczniejszego działania na rzecz sprawnej organizacji politycznej niż usprawiedliwieniem niemocy. Z gospodarki nie da się w ciągu kilku lat zrobić kwitnącego eldorado, ale za opłakany stan w jakim znajduje się formacja polityczna skupiona wokół Solidarności, ponoszą bezpośrednią odpowiedzialność ludzie, który ją tworzą. Także za to, że często bezwiednie poddali się działaniom destrukcyjnym, dając się wciągać w różne ich formy. Także za to, że zbyt łatwo ulegali zastanym obyczajom politycznym, nierzadko przejmując te najgorsze. Także za to, że nie szukali kontaktu ze środowiskami lepiej przygotowanymi intelektualnie – zazdrośnie strzegąc swoich pozycji odsuwali ludzi wybitniejszych.

Marian Krzaklewski i Jerzy Buzek, fot. PAP.

Uczestniczyłem bezpośrednio w tworzeniu polskiej sceny politycznej po 1989 roku, dlatego czuję się współodpowiedzialny za jej stan. Wiem, że nie brakło po tej stronie ludzi mądrych i zdolnych, nie brakło motywacji obywatelskich i postaw głęboko patriotycznych. Tymczasem liderzy polskiej prawicy się zmieniali i każda kolejna ekipa popełniała zasadnicze błędy tracąc, a nie umacniając pozycję społeczną swojego ugrupowania. Ciągłe rozłamy i walki wewnętrzne, przy braku praktycznego budowania struktur, obudowy społecznej i zaplecza merytorycznego są niezrozumiałe dla postronnego obserwatora. Działania w gruncie rzeczy autodestrukcyjne, wymierzone we własny sukces, dadzą się wytłumaczyć głupotą, niedojrzałością bądź zaburzeniami osobowościowymi jednego lub kilku polityków. Ale nie wszystkich.

Pułkownik Lesiak i jego ludzie na pewno się przyczynili, mania wielkości pewnej historycznej postaci też coś dołożyła, umiejętnie konstruowany przez układ Gazeta Wyborcza – Unia Wolności ostracyzm towarzyski wobec każdego niezależnego polityka bardzo utrudniał skuteczne funkcjonowanie. Wszystkie te działania mogłyby jedynie łaskotać stabilny ruch polityczny, mający swą formację, reguły, mający cieszących się autorytetem przywódców, będący faktyczną polityczną nadbudową nad zorganizowanym ruchem społecznym. Dlaczego do powstania takiego ruchu politycznego w Polsce jednak nie doszło?

Myślę, że aby to wyjaśnić trzeba się odwołać do tych przyczyn, które co prawda wywodzą się z tamtego ustroju i jego patologii, ale tkwią wewnątrz naszej osobowości. Dla pojmowania reguł rządzących życiem publicznym, tworzymy sobie pewien schemat myślowy (socjologowie nazywają go paradygmatem), zawierający prawidłowości regulujące relacje i procesy społeczne. Taki paradygmat ma czasami tendencje do życia własnym życiem. Jeżeli ukształtował się w ciągu pierwszych dwudziestu pięciu lat życia nosiciela, bywa przez niego traktowany jako odpowiednik obiektywnej rzeczywistości. Jeżeli jest przy tym nieuświadomiony, przyjmowany bezrefleksyjnie, a do tego z jakiś powodów nie odpowiada rzeczywistym zjawiskom, może powodować nasze nieraz nieracjonalne i szkodliwe działania.

Myślę, że faktyczny brak formacji polskiej centroprawicy ma między innymi swe źródło w jednym mocno zakorzenionym i trudnym do wytrzebienia paradygmacie.

Osoby mianowicie, których dojrzała osobowość kształtowała się w ustroju totalitarnym, mają tendencje do traktowania otaczającej ich rzeczywistości jako zjawiska zewnętrznego, na które mamy podobną możliwość wywierania wpływu, jak na jutrzejszą pogodę. Brak wiary w możliwość takiego wpływu implikuje daleko idące wnioski regulujące nasze postawy wobec tej rzeczywistości. Można je w dużym uproszczeniu sprowadzić do dwóch zasadniczych modeli postaw, obu zakładających ten sam paradygmat, który w mojej ocenie od co najmniej dziesięciu lat jest błędny i powoduje ogromne szkody w polskim życiu publicznym.

Pierwsza postawa to oportunizm. Na procesy dziejące się w świecie rzeczywistym nie mam wpływu, ale mogę je wykorzystać do własnych celów. Trzeba tak się ustawić, żeby fala mnie wyniosła, żebym jak najwięcej skorzystał na obserwowanej konstelacji zjawisk. Druga postawa, z pozoru przeciwstawna, to kontestacja. Ponieważ ten kształt rzeczywistości z jakiś względów mi nie odpowiada, nie włączam się w bieg spraw, lecz wyraźnie się od niego odcinam. Wskazuję na zło, potępiam je i pokazuję z dumą swoje czyste ręce.

Żadna z tych postaw niestety nie jest kreatywna. Żadna nie zakłada potrzeby posiadania koncepcji wpływu na przemiany rzeczywistości, nie generuje analizy celów działań, dróg ich realizacji, nie skłania do organizowania sił społecznych, do realizowania planów operacyjnych, do tworzenia strategii. Jednym słowem do posiadania programu działań partii politycznej. Przez kilkanaście lat działając w życiu politycznym, niemalże nie spotkałem tak zorganizowanych działań.

Aktywność działaczy obozu postsolidarnościowego, którzy nie mieli wcześniej doświadczeń politycznych, najczęściej stanowi przedziwną, jałową miksturę oportunizmu i protestu. Analizujemy intensywnie rzeczywistość jak na niej najwięcej zyskać, jak złapać wiatr w żagle, jak wykorzystać koniunkturę zanim ją wykorzystają inni. Od czasu do czasu przypominamy sobie przy tym o swoich korzeniach, etosie i sensie, dla którego działamy, i wtedy jesteśmy strasznie gniewni i ciskamy piorunami w złoczyńców, najczęściej postkomunistów.

Porozumienie Centrum. Marek Kuchciński, Jarosław Kaczyński, Marek Jurek.

Faktycznie przeciętny działacz bloku postsolidarnościowego nie bardzo wierzy w to, że jego osobiste działania mogą przyczynić się do zmiany rzeczywistości, układu sił, funkcjonowania instytucji. To głębokie, aczkolwiek najczęściej nieuświadomione przeczucie, powoduje zanik poczucia odpowiedzialności za skutki swoich działań. Nawet człowiek z natury odpowiedzialny, jeżeli nie dostrzega relacji między działaniami a ich społecznymi skutkami, nie może działać w sposób odpowiedzialny, a więc liczący się ze skutkami.

Liderzy partii centroprawicowych traktują pozycję polskiej centroprawicy jako daną, niezależną od własnych działań. W ustroju totalitarnym, w którym dojrzewało nasze pojmowanie tych spraw, o pozycji partii w państwie nie decydowały sprawy, które działy się wewnątrz, takie czy inne rozgrywki, takie czy inne wycinanie się aktywistów. Pozycja partii zależna była od zewnętrznych procesów historycznych oraz woli obcego suwerena, nie zaś od stylu wzajemnych relacji między tworzącymi tę partię ludźmi i frakcjami. Józef Stalin na przykład budował swoją pozycję przez stopniowe (a nawet skokowe) eliminowanie przeciwników, najczęściej w sensie tragicznie dosłownym, i tym samym ciągle wzmacniał swoją pozycję. Ten typ „mądrości politycznej” przyjął się w krajach komunistycznych i był także przez opozycję traktowany jako faktyczny kamień filozoficzny, pozwalający na skuteczność w polityce. Przyjęto, że kto tak nie postępuje, jest naiwny, nie rozumie istoty spraw i musi przegrać.

Tymczasem rzeczywistość demokratyczna rządzi się zupełnie innymi prawami. Najlepszym pomysłem politycznym w Polsce po 1989 roku było Porozumienie Centrum. Powstał ruch, który zdefiniował główną oś sporu politycznego polskiej demokracji w ramach obozu postsolidarnościowego, spychając byłych komunistów na margines. Działania odpowiedzialnych przywódców takiego ruchu powinny ogniskować się wokół utrwalenia tego stanu rzeczy, aż do przeniesienia go poza próg okresu, w którym materia życia politycznego jest względnie elastyczna i zmiany są stosunkowo łatwe. Tymczasem Jarosław Kaczyński – jeden z niewątpliwie najzdolniejszych polskich polityków lat dziewięćdziesiątych – całkowicie dał się ponieść zastanemu paradygmatowi. Uwierzył, że pozycja jego partii, która była w owym czasie „depozytariuszem koniunktury politycznej”, jest wynikiem zewnętrznych procesów, a od tego jak się ułoży stosunki wewnętrzne zależy tylko to, kto stanie się faktycznym dysponentem tej koniunktury i jak szeroka będzie grupa dysponentów.

Nie podjęto żadnych prób określenia i wprowadzenia w życie zasad, które regulowałyby pozycję i zapewniały bezpieczeństwo grupom współtworzącym PC. Nie starano się zobiektywizować procedur podejmowania decyzji, tak aby osoby i grupy, których te decyzje dotyczyły, nie czuły się pokrzywdzone ich arbitralnością. Nie myślano o mechanizmach uzgadniania stanowisk, tak aby wszyscy debatujący czuli się poważnie potraktowani. Nie starano się utrzymać i rozwijać całego bogactwa wewnętrznych grup i środowisk, z których każda wnosiła własne cele i ambicje, ale także własny dynamizm i jakieś zaplecze społeczne. Nie starano się znaleźć miejsca w strukturze partii dla ludzi twórczych, będących autorytetami w swoich środowiskach tak, żeby czuli się oni potrzebni, żeby mogli w partii i przez partię realizować swoje i swoich grup, cele i potrzeby, przyczyniając się tym samym do dobra wspólnego.

Przeciwnie, Jarosław Kaczyński wraz ze swoim najbliższym otoczeniem, po kolei, sukcesywnie, wypychał z partii osoby i grupy, które czegoś chciały. Czasami wprost, czasami przez sposób traktowania. Następowała selekcja negatywna, pozostawali ci, którzy mniej wnosili, a bardziej zgadzali się z kierownictwem. Będąc wyjątkowo przenikliwym analitykiem polskich procesów politycznych w makroskali, jednocześnie nie zauważał, że systematycznym wysiłkiem podcina gałąź, na której siedzi. Ludzie odchodzili i kurczyło się zaplecze społeczne Porozumienia Centrum. Niektórzy odchodzili w niebyt polityczny, niektórzy zakładali lub wzmacniali struktury konkurencyjne. Porozumienie Centrum nie stało się strukturą, przez którą centroprawicowy odłam polskiej opinii publicznej realizowałby swoje cele polityczne.

Dramat Kaczyńskiego polega na tym, że nie zdawał on sobie sprawy, że to nie jakieś zewnętrzne, obiektywne siły decydują, poprzez którą strukturę siły społeczne chcą realizować swoje cele. W polityce istnieje rynek. Jeżeli wysiłek poszedłby w kierunku stworzenia z PC sprawnego narzędzia, które pomagałoby ludziom o poglądach centroprawicowych realizować swoje cele polityczne, wpływać na politykę państwa, wtedy być może najaktywniejsi, reprezentujący autentyczne zaplecze społeczne działacze raczej by się do tej partii zbliżali, niż od niej odchodzili. Tymczasem cały wysiłek wewnętrzny kierownictwa poszedł na to, by skutecznie kontrolować partię, każdy zaś postulat wprowadzenia reguł, traktowany był jako przykrywka dla załatwienia sobie przez postulującego lepszej pozycji w partii.

Kaczyński, który w polityce państwowej był bardzo merytoryczny, odmawiał innym prawa do myślenia, zakładając, że każdy kto czegoś chce w partii, chce się załapać i kieruje się motywami partykularnymi. Jeżeli nie da się więc go podporządkować, należy go wyeliminować, bo przez działalność rozłamową będzie szkodził partii.

Paradygmat ten, wyniesiony z poprzedniego ustroju, nie zadziałał w warunkach autentycznego ruchu społecznego, którego mechanizmów i prawidłowości kierownictwo PC nawet nie próbowało sobie przyswoić, z góry uważając, że przywódca, który buduje we własnej partii autentycznie demokratyczne obyczaje i poważnie traktuje swoich partnerów, jest niepoprawnie naiwny i nic nie rozumie z prawdziwej taktyki politycznej. Tych, którzy chcą razem z nim budować ruch polityczny według tego myślenia, należy traktować jako takich, którzy chcą się załapać. Ten stalinowski w swej istocie paradygmat, zniszczył Porozumienie Centrum i zniszczył politycznie swojego nośnika, twórcę i przywódcę PC, mimo że jest on nadal jednym z ciekawszych intelektualnie polityków, a przy tym znając go dobrze wiem, że jest człowiekiem prawym i ideowym.

Ale Porozumienie Centrum to już historia. Obecna struktura centroprawicowa, Akcja Wyborcza Solidarność, popełnia te same błędy, tylko w jeszcze gorszym stylu. Zarówno Kaczyńskiemu jak i Krzaklewskiemu udało się zgromadzić w początkowej fazie olbrzymie siły polityczne i tak samo jeden jak i drugi roztrwonił je nie budując reguł funkcjonowania wewnętrznego. Obydwaj trzymali w swoim ręku zupełnie niepotrzebnie większość istotnych decyzji, licząc na utrzymywanie spójności partii wyłącznie przy wykorzystaniu motywacji oportunistycznych swoich partnerów. O ile w PC argumenty w rodzaju – jak ci się nie podoba, możesz odejść – pojawiały się w wewnętrznych sporach, o tyle szefowie AWS, wbrew poczuciu demokratycznej przyzwoitości, ogłaszają publicznie, że poważni politycy powinni podporządkować się ich decyzjom, bo w przeciwnym razie nie znajdą się na listach wyborczych.

Budowanie posłuszeństwa w partii na zasadzie strachu zawzięcie krytykowaliśmy w PZPR. Mało tego, jest to metoda antyskuteczna, która w otoczeniu demokratycznym musi prowadzić do klęski. Kolejne ekipy kierownicze ugrupowań centroprawicowych nie dostrzegały zagrożeń ulegając zjawisku, które psychologowie społeczni nazwali syndromem zbiorowego myślenia. Wszyscy w około mówią to samo, wieszcząc klęskę, tylko Krzaklewski nie widzi problemu, mając taki refleks jak Ceausescu, kiedy zwołał ostatni wiec i zaczęło mu się zdawać, że naród chyba już nie wiwatuje na jego cześć.

Ta metoda budowania partii jest do tego sprzeczna z filozofią polityczną chrześcijańskiej demokracji, do której to formacji chętnie przyznają się liderzy – kiedyś Porozumienia Centrum, obecnie Akcji Wyborczej Solidarność. Chrześcijańska Demokracja to ruch polityczny, który stara się na serio traktować zasady katolickiej nauki społecznej, którą nota bene w Polsce mało kto się interesuje od 1989 roku.

Podstawowymi zasadami tej nauki są zasada solidarności i zasada pomocniczości. Wywodząca się ze wschodu kultura polityczna uważa te zasady za naiwne i wpływ tej kultury na myślenie polskich polityków powoduje, że nie interesują się oni na serio nauką społeczną Kościoła. Licząc na poparcie biskupów czasem się na nią powołują, w gruncie rzeczy mając ją w pogardzie. Myślę, że to cwaniactwo jest przejawem zbiorowej głupoty polskiej klasy politycznej.

Lojalność działaczy partyjnych wobec decyzji kierownictwa powinna się opierać na solidarności a nie strachu. Takie to proste, a tak trudne do zrealizowania. Jeżeli poważny człowiek chce uczestniczyć w ruchu politycznym, to nie tylko dla oportunistycznego ustawienia swojej osoby. Na ogół o coś mu chodzi, jakieś potrzeby społeczne reprezentuje. Mądry ruch polityczny jest tak skonstruowany, że jego uczestnicy mają pewność, iż decyzje, które dotyczą ważnych dla nich spraw, podejmowane będą zgodnie z regułami, na które wszyscy się zgodzili. Myślę o wszystkich decyzjach, także tych, które dotyczą wyłaniania kierownictwa i kandydatów na posłów.

Tymczasem począwszy od komitetów obywatelskich, ciągnie się przez politykę obozu solidarnościowego zasada niedemokratycznego mandatu kierownictwa. Koncepcja ruchu komitetów obywatelskich zakładała, że centralny Komitet Obywatelski przy Lechu Wałęsie, stanowiący faktyczne kierownictwo, nie był w żaden demokratyczny i oddolny sposób przez ten ruch wyłaniany, ani kontrolowany. Jego mandat pochodził z nadania wyższego – z niedostępnego zwykłym ludziom kierownictwa Solidarności uosabianego przez Lecha Wałęsę. W owych warunkach taka procedura była zrozumiała, natomiast jakiekolwiek przedłużanie jej w czasie poza granicę, od której zaczęliśmy żyć w kraju demokratycznym, jest szkodliwym nadużyciem.

Niestety ten schemat przyjął się i znalazł kontynuację w różnych późniejszych ruchach politycznych powstających wokół i na bazie Solidarności. Formalna demokracja w PC była kontestowana przez kierownictwo. Faktyczne decyzje zapadały poza statutowymi organami. Mandatem na początku miały być bliskie stosunki z Lechem Wałęsą i kierownictwem Solidarności. Potem już przyzwyczajenie. W RdR i ROP nigdy nie powstały żadne szersze struktury partyjne, bo jedyną racją pozycji partii na arenie politycznej było charyzmatyczne przywództwo Jana Olszewskiego i jego autorytet społeczny. Budując szeroką partię ludzie z otoczenia Olszewskiego musieliby dzielić się z innymi korzyściami płynącymi z jego autorytetu. Nie mieli więc motywacji. Siła tych partii nie leżała w szerokości ich szeregów, lecz w dorobku szefa. Sam zaś Olszewski, nie mając zrozumienia dla problemów organizacyjnych, koncentrował się na strategii naprawy państwa (główny autor Obywatelskiego Projektu Konstytucji zgłoszonego przez Solidarność).

Nawet pozorów demokracji nie ma od początku w AWS. Obowiązują tam parytety ustanowione przez założycieli, bez żadnych możliwości zweryfikowania ich przez oddolną procedurę demokratyczną. Mandatem do sprawowania władzy jest mianowanie przez Solidarność, która już po raz kolejny nadużywana jest do celów sprzecznych z ideałami, dla których uzyskała niegdyś tak olbrzymie zaufanie społeczne. Związek Zawodowy Solidarność jest jedną z tych instytucji, do których zaufanie według sondaży w ostatnich latach spadło najbardziej. To jest cena, którą płaci on za te nadużycia.

Kiedy ktoś zaproponował demokratyczną procedurę wyłonienia kandydata ruchu na prezydenta, kierownictwo udało, że nie wie o co chodzi. Usłyszałem nawet kuriozalną wypowiedź, że po co by było kierownictwo partii, jeżeli nie ono mianowałoby kandydata na prezydenta. Nie mógł tego powiedzieć człowiek, który poważnie traktuje katolicką naukę społeczną z jej personalizmem, zasadą partycypacji, zasadą pomocniczości i ewangeliczną zasadą służebności władzy.

Otóż kierownictwo jest po to, żeby taką procedurę sprawnie przeprowadzić. Ruch polityczny, koalicja ani partia nie są prywatną własnością swojego aparatu. Partie polityczne w systemie demokratycznym są ważnymi ogniwami pomiędzy zorganizowanym społeczeństwem a państwem. Jeżeli partie nie działają w sposób demokratyczny, stanowią w całym systemie wyłom, który godzi w spójność systemu. Ze względu na funkcję, jaką spełniają partie w systemie demokratycznym, są one ciałami publicznymi. Dokładnie dlatego Konstytucja RP przyznaje im miejsce uprzywilejowane.

Dobry obyczaj, a może w niektórych przypadkach także i prawo, powinny czuwać nad regułami funkcjonowania partii, tak aby mogły one spełniać rolę pasa transmisyjnego między różnymi odłamami opinii publicznej, interesami i potrzebami społecznymi, a władzą państwową. Bez tego demokracja staje się fikcją, nie działają mechanizmy samoregulacji charakterystyczne dla tego ustroju. Taka demokracja przestaje być wartością dla społeczeństwa. W sondażach coraz więcej ludzi zaczyna skłaniać się w kierunku różnego rodzaju form autorytarnych (ktoś to wszystko musi wziąć za twarz).

Kryzys polskiej polityki, to kryzys przywództwa. Przywódca w rozumieniu personalistycznym, a więc demokratycznym, to ktoś kto stoi na czele dążeń jakiejś grupy, kto organizuje i reprezentuje te dążenia. Wspólnota nie jest dodatkiem do przywódcy, odwrotnie to przywódca jest emanacją grupy, ona go z siebie wyłania, żeby stał na jej czele i w ramach podziału pracy specjalizował się w skutecznym szukaniu dróg do realizacji dążeń grupy, w takim organizowaniu jej działań, aby najlepiej je wykorzystać dla dobra wspólnego. „Jeśli kto chce być pierwszym, niech będzie ostatnim ze wszystkich i sługą wszystkich” [Mk 9, 35].

Do tego potrzebny jest jeden warunek. Przywódca musi być wyłoniony przez grupę. W społecznościach nowoczesnych i złożonych będzie to zobiektywizowana procedura demokratyczna, w mniej złożonych, bądź z jakiegoś powodu specyficznych, może to być naturalny, niekwestionowany autorytet.

Tymczasem w obozie solidarnościowym utarł się zwyczaj, że to liderzy powołują partie i wokół własnych osób organizują zaplecze polityczne. W tym systemie rzeczywiście zupełnie niezrozumiałe jest to, że osoby i grupy wchodzące w skład tego zaplecza, czegoś chcą. To jednak nie może dobrze działać i jest sprzeczne z filozofią społeczną, która dawała nam moralny mandat do walki z komuną.

Ten sam Marian Krzaklewski był najlepszym w historii przywódcą Związku Zawodowego Solidarność, który go jako swego przywódcę wyłonił i jest najgorszym w historii przywódcą AWS, bo ten ruch polityczny de facto powstał jako dodatek do Krzaklewskiego, lidera Solidarności. Nic więc dziwnego, że zupełnie nie rozumie on, dlaczego powinien się we własnej partii poddawać jakimkolwiek procedurom legitymizującym, takim jak prawybory. W tej logice zrozumiałe są wypowiedzi w rodzaju: jak ci się nie podoba u nas – droga wolna. Jeżeli AWS byłaby polityczną nadbudową tej części polskiej opinii publicznej, która swoje nadzieje wiązała z Solidarnością, takie wypowiedzi byłyby karygodną uzurpacją, bo Solidarność jest wartością ogólnonarodową, ma znaczenie historyczne stanowiąc centrum ogniskujące etos polskiej demokracji.

W logice partii jako przybudówki do swojego kierownictwa, będącej jego faktyczną własnością, nielogicznie, a więc nielojalnie wobec partii, postępują ci działacze, którzy przychodzą z własnymi poglądami, programami, którzy chcą reprezentować potrzeby i aspiracje swojego społecznego zaplecza. Nic dziwnego, że grozi im się pominięciem na listach wyborczych.

Jest to jednak logika myślenia politycznego pochodząca nie z tego kręgu kulturowego, do którego chcemy aspirować. Na szeroko pojętym zachodzie już dość dawno zwyciężyła koncepcja, że legitymacją do sprawowania władzy jest wola ludu. Na wschodzie ciągle jeszcze dominuje zasada zewnętrznego uprawnienia, związanego z taką czy inną misją, namaszczeniem, wtajemniczeniem, pochodzeniem od boskiego do klasowego. Lud, jako coś niedoskonałego, powinien to zaakceptować i nie wtrącać się, jak wybrani robią mu dobrze. Lud ogólnie nie jest za mądry, pełen oszołomów i byłoby działaniem nieodpowiedzialnym wystawiać na jego kaprysy los partii.

Dla osób odpowiedzialnych za kształt AWS jedynym problemem jest unitarność partii. Podobnie jak dawniej w PC, w ocenie kierownictwa przyczyną wszelkiego zła jest wewnętrzne zróżnicowanie. Gdyby tak jak w PZPR był jeden Komitet Centralny i jedno Biuro Polityczne – łatwiej byłoby rządzić, opozycja nie mogłaby się zbierać po kątach. Istnienie w ramach AWS partii i sformalizowanych frakcji miast cieszyć bogactwem wewnętrznym i programowym, traktowane jest jako zło konieczne tolerowane z trudem ze względu na zatwardziałość serc frakcjonistów.

Prawda jest taka: albo w partii znajdzie się miejsce na różne sposoby widzenia rzeczywistości, różne typy wrażliwości społecznej, reprezentacje różnych dążeń i interesów, tak jak zróżnicowane są opcje w ramach reprezentowanego przez tę partię odłamu opinii publicznej, albo będzie to partia uboga, mająca siłą rzeczy niewielkie oparcie społeczne. Jeżeli w partii dużej i szerokiej frakcje nie byłyby sformalizowane, istniałyby one podskórnie, tak jak w partiach totalitarnych. Ponieważ jednak w demokracji nie stosuje się metod tłumiących, które utrzymują stabilność partii totalitarnych, nieujawnione konflikty i różnice interesów skutecznie rozsadzają strukturę.

Nie wierzył w to Kaczyński, nie wierzy w to Krzaklewski. A ludzie bezmyślni lub złej woli nadal podpowiadają, żeby zrobić jednolitą partię, bez frakcji, bez struktur poziomych, bez różnych autonomicznych grup, poprzez które ludzie czuliby się u siebie w partii. Jak uczy doświadczenie PC, KPN, ROP, podziały w partii kończą się, kiedy jest to partia jednoosobowa. Wtedy staje się ona naprawdę jednolita.

Bogactwo struktur powoduje, że każdy ma dla siebie jakieś miejsce, gdzie jest ważny, gdzie ma coś do powiedzenie, gdzie może realizować swoje potrzeby i ambicje. Poprzez takie poziome struktury na kształt polityki partii mogą wpływać wszyscy, w odpowiedniej proporcji do siły, znaczenia i pozycji w partii. W partii o jednolitej strukturze albo się decyduje o wszystkim, albo o niczym. To nie jest ruch społeczny.

Chyba, że ktoś pomyśli o wypracowaniu reguł, o tym jak zapewnić możliwość znalezienia swojego miejsca w strukturze partii przez różne osoby i grupy, które chcą przez tę partię się realizować, a nie tylko w zamian za przywileje (stanowiska) podporządkować się celom aparatu. Chyba, że ktoś pomyśli o tym, że różnorodność i bogactwo punktów widzenia jest siłą, a nie słabością partii, że lojalność nie może opierać się na strachu, lecz na uzgadnianiu stanowisk. Chyba, że ktoś zda sobie sprawę, że nie są lojalnymi, twórczymi i wartościowymi partnerami osobnicy o elastycznych lub nadłamanych kręgosłupach. Chyba, że ktoś wyczyta w podręczniku psychologii społecznej, że niekorzystne dla kogoś decyzje wynikające z obiektywnych kryteriów, nie wywołują takiego poczucia krzywdy i buntu, jak podobne w treści decyzje podjęte arbitralnie. Chyba, że ktoś zrozumie istotę znanej z katolickiej nauki społecznej zasadę pomocniczości i uświadomi sobie pomocniczy w stosunku do osób i niższych struktur charakter władzy, także władzy partyjnej.

Jednolitość polityki partii uzyskuje się przez przyjęcie zasad. Każdy ma jakiś wpływ i równe szanse w wewnętrznych układach, każdy może bezpiecznie funkcjonować i prezentować swoje stanowisko, kryteria są obiektywne – za to każdy dobrowolnie podporządkowuje się uzgodnionym decyzjom. W takich warunkach każdy sam będzie chciał być lojalny i solidarny z partią, będzie jej sprawnością i autorytetem zainteresowany.

Potwierdzają to doświadczenia partii chrześcijańsko-demokratycznych na świecie, które zgodnie z tymi zasadami budowały swoją pluralistyczną strukturę. W światowych programach chrześcijańskiej demokracji słowo „wspólnota” odgrywa istotną rolę. W programie polskich ruchów politycznych na razie jest ono pustym frazesem.

Dla przeprowadzenia tych postulatów potrzebne są rewolucyjne zmiany paradygmatu, który stosują do pojmowania rzeczywistości politycznej nasi politycy. I rewolucyjnej zmiany obyczajów wewnątrz partyjnych. Taka zmiana niestety nie może być narzucona, nadana przez dobrą wolę władcy, bo uderza w jego legitymację do sprawowania władzy. Wymaga ruchu oddolnego i myślę, że taki ruch w Polsce prędzej czy później musi nastąpić.

Dlaczego jeszcze nie nastąpił? Rozumiem liderów. Oni na zasadzie syndromu zbiorowego myślenia każdą myśl tego rodzaju traktować będą jako wrogą propagandę. Są jak ten baca, piłujący gałąź, na której siedzi, któremu turysta mówi: Baco, spadniecie! – Eeee, nii, nie spadnem. Kiedy turysta wzruszywszy ramionami odszedł, baca spadł razem z gałęzią. Wstając i masując sobie dolne plecy, patrzył za turystą i mruknął pod nosem: prorok jaki czy co?

Mam tę gorzką satysfakcję, że takim prorokiem byłem dla Kaczyńskiego i Olszewskiego. Tym tekstem może uda się ostrzec Krzaklewskiego, choć mam małą nadzieję. Dopóki nie znajdzie się pod drzewem z potłuczoną kością ogonową – nie uwierzy.

Jednak gałąź, na której siedzi pan Marian, to nie tylko jego gałąź. Na tej gałęzi w dalszym ciągu zawieszone są nadzieje milionów Polaków. Wielu z nich bliskich jest rezygnacji z tych nadziei, ale one tam nadal wiszą i nadają ciężar i znaczenie gałęzi. Kiedy ona runie, nie będzie za bardzo co zbierać. Dlatego nie rozumiem tych rozumnych i wrażliwych ludzi, którzy są zaniepokojeni obrotem spraw na prawicy, widzą przyczyny i nie grzmią. Nie rozumiem politologów, socjologów, psychologów społecznych znających mechanizmy życia publicznego, że nie alarmują, nie tłumaczą, nie organizują konferencji, lecz zadowalają się mentalnym odcięciem od złych polityków w czasie kawiarnianej pogawędki z przyjaciółmi. Nie rozumiem dziennikarzy i publicystów, którzy między sobą szydzą z polityków, a potem piszą tak, że z tego nic nie wynika, koncentrując się na sensacyjkach.

Przecież to jest dobro wspólne. Przecież za kształt politycznej reprezentacji Solidarności odpowiedzialni powinni czuć się wszyscy, którzy się z nią utożsamiają bądź utożsamiali, bo ta reprezentacja służy do przełożenia ideałów tego ruchu na praktykę życia państwa. Nie będzie sprawnie działało demokratyczne państwo, jeżeli najbardziej znaczący odłam opinii publicznej nie będzie miał dobrze zorganizowanej reprezentacji politycznej. Odłam, który jest dla tej demokracji podstawowym oparciem i stymulatorem.

Do niedawna jeszcze z Solidarnością utożsamiał się prawie każdy, kto chciał z pobudek obywatelskich działać w życiu publicznym. Dzisiaj NSZZ Solidarność znajduje się w końcówce rankingu zaufania do instytucji. Załamuje się etos polskiej demokracji. A przecież tu istnieje olbrzymi potencjał. Jest bardzo wielu wykształconych, zdolnych, młodych lub doświadczonych ludzi, którzy tylko dlatego nie działają w partiach solidarnościowych, bo nie ma tam dla nich miejsca, bo nie mają odpowiedniego dojścia, nie chcą być czyimiś klientem, nie chcą pracować na rzecz działaczy, do których nie są przekonani. Wolą stać z boku, czekać, krytykować, zająć się swoimi sprawami. Niewykorzystanie tego potencjału to grzech. Sprawianie wrażenia, że tylko postkomuniści mają szerokie zaplecze kadrowe, to fałsz. To szkodliwy błąd.

Bardzo dużo można zrobić dobrego przez stworzenie poważnej struktury partyjnej. Pluralistycznej, w której znajdzie się miejsce dla całego bogactwa opcji w ramach centroprawicy solidarnościowej, a jednocześnie jednolitej, bo posiadającej zobiektywizowane procedury podejmowania decyzji, którym na zasadzie lojalności będą się chcieli podporządkowywać wszyscy działacze poza zawodowymi pieniaczami. Taką procedurą, dającą poczucie, że jest się poważnie traktowanym w swojej partii, jest procedura pozwalająca szaraczkom wpływać na to, kto będzie kandydatem partii w wyborach. Kandydaci mają reprezentować ten odłam opinii publicznej, którego polityczną nadbudową jest partia, nie zaś jakiś aparat, który niezorganizowane społeczeństwo może poprzeć lub nie, wedle woli. To jest kwestia filozofii politycznej.

Jeżeli solidarnościowy ruch polityczny otworzy się na swoje zaplecze, to bez trudu wygra kolejne wybory z postkomunistami. Jeżeli zaś do wyborów pójdzie instytucja, która ruchem społecznym jest tylko z nazwy, a wyborca stanie przed ultimatum, musisz nas poprzeć mimo naszej miałkości, bo tylko my stanowimy alternatywę dla komuny – to będzie klęska na lata.

Artykuł napisany w 2000 roku ukazał się w materiałach Instytutu Paderewskiego.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *